Trawers. Remigiusz MrózЧитать онлайн книгу.
jakichkolwiek kłopotów może być pani pewna, że to ja poniosę konsekwencje.
– Tak, ale… wie pani, na razie poruszamy się trochę po omacku.
– To znaczy?
– Ta sytuacja jest dla nas nowa.
– Przecież mieliście do czynienia z uchodźcami.
– Głównie z Ukrainy. To było zupełnie co innego, oni przechodzili proces krok po kroku, wszystko było zaplanowane i przewidziane w przepisach.
– A teraz?
Dominika usłyszała westchnięcie.
– Teraz to improwizacja. Owszem, miały być kwoty i relokacje uchodźców między krajami, mieliśmy dostać odpowiednio sprawdzonych ludzi, ale…
– Nagle pojawiła się grupa ze Słowacji.
– Tak – odparła ciężko urzędniczka. – Nie wiemy nawet, czy ich nie zawrócą. W mediach jest burza, podobno to Słowacy powinni ich u siebie zatrzymać. Ale oni tłumaczą się, że ich nie rejestrowali, że ta grupa po prostu przemknęła po ich terytorium. Wie pani, jak to jest.
Wadryś-Hansen niespecjalnie to interesowało. Nie na tym etapie. Teraz chciała po prostu dowiedzieć się tego, co było jej potrzebne, by ruszyć ze śledztwem.
– Straż Graniczna skrupulatnie ich sprawdziła – podjęła. – Na pewno sporządzono wykaz wszystkich rzeczy, które mieli przy sobie uchodźcy.
– Tak, na pewno.
– Nic nie stoi na przeszkodzie, by mi pani go ujawniła.
– Ale na jakiej podstawie? Muszę mieć przepis.
– Na podstawie rozporządzenia ministra sprawiedliwości, które reguluje obowiązek współpracy jednostek państwowych z prokuraturą.
– A konkretnie?
– Konkretnie zaraz zadzwonię do pani przełożonego i powiem mu, że utrudnia pani prowadzenie śledztwa.
– Jakiego śledztwa?
Dominika miała wrażenie, jakby starała się przebić głową nie zwyczajny mur, a barierę na miarę chińskiej myśli fortyfikacyjnej.
– Nie mogę ujawniać takich informacji – odparła. – Ale zapewniam, że to istotna sprawa. Więc przełączy mnie pani do szefa urzędu lub dyrektora generalnego, czy muszę sama znaleźć numer?
– Ale…
– Nie mam wiele czasu.
– A ja nie mam tych danych.
– Jak to? Nie przekazano ich wam?
– Nie, na razie dostaliśmy same wypełnione wnioski. O wydanie tymczasowych zaświadczeń tożsamości i o wydanie karty pobytu. Nic więcej nie przyszło.
– Więc gdzie mogę się dowiedzieć, co ci ludzie wnieśli ze sobą do kraju?
– Chyba tylko u Straży Granicznej.
– W porządku. Dziękuję.
Dominika pożegnała rozmówczynię, a potem położyła telefon na stole. Napiła się cappuccino, starając się nie myśleć o tym, ile czasu straciła. Z pewnością szybciej byłoby, gdyby pomagał jej Osica, ten jednak oznajmił, że ma coś ważnego do załatwienia. Nie sprawiał wrażenia, jakby był gotów podzielić się szczegółami, a ona nie wypytywała. Umówili się na wieczór.
Wyglądało na to, że jej pobyt na Podhalu się przeciągnie. Dzwoniła już do kuzynki z pytaniem, czy zaopiekuje się dziećmi nieco dłużej. Była samotna, młoda i niespecjalnie skora do imprez, więc na opiekunkę nadawała się wprost idealnie. I zgodziła się od razu.
Wadryś-Hansen odetchnęła, ale tylko na moment. Potem uświadomiła sobie, że czerpie przyjemność z rozłąki z dziećmi. Szybko skarciła się w duchu, choć pojawiła się jeszcze zbłąkana myśl, że należy jej się odpoczynek. Ostatnimi czasy wypruwała sobie żyły, by nadążyć z pracą i opieką nad dziećmi.
Odstawiła kawę i przygotowała się do kolejnego starcia. Po chwili uzyskała numer do Śląsko-Małopolskiego Oddziału SG, którego funkcjonariusze rzekomo odpowiadali za całą procedurę po tym, jak uchodźcy przekroczyli granicę.
Po kilku przełączeniach Dominika w końcu miała na linii człowieka, który mógł powiedzieć jej coś konkretnego.
– Ma pan te dokumenty przed sobą? – zapytała z niedowierzaniem.
– Tak, teczka leży na biurku. To wykaz rzeczy, które uchodźcy mieli przy sobie.
– Na ile skrupulatny?
– A widziała pani kiedyś notatki służbowe? Skupiliśmy się głównie na materiałach niebezpiecznych, sama pani rozumie.
– Mniejsza z tym. Proszę mi powiedzieć, czy ktokolwiek miał przy sobie obcą walutę?
– Oczywiście. Wielu z nich. Nie były to wielkie kwoty, ale przecież nie jest tak, że ktoś ich nagle ogołocił z ostatniego grosza. Centa czy tam…
– A syryjska waluta?
Rozmówca przez chwilę milczał.
– Mnie pani o to pyta?
– A od kogo innego mam uzyskać takie informacje?
– Na przykład od nich samych.
– Nie miałam do dyspozycji tłumacza.
– A po co pani tłumacz? Większość mówi dobrze po angielsku.
– Słucham?
– To wbrew pozorom wykształceni ludzie, wie pani. Szczególnie ci młodzi.
Dominika spuściła wzrok. Zbyt szybko odpuściła, zbyt szybko uznała, że nikt nie odpowiada na jej prośby, bo ich nie rozumieją. Tymczasem z jakiegoś powodu się jej obawiali. Może któryś z policjantów powiedział im, że zjawi się prokurator? Wizyta organów ścigania nigdy nie jest dobrym omenem. Szczególnie, gdy miało się coś na sumieniu.
– Mógłby to pan sprawdzić w swojej dokumentacji? Czy mieli jakieś syryjskie pieniądze?
– Moment – odparł rozmówca i Wadryś-Hansen usłyszała, jak ślini palec.
Miała wrażenie, że sekundy trwają tyle, co minuty. Krew zaczęła szybciej płynąć w jej żyłach, a bicie serca przyspieszyło. Czuła, że znajduje się o krok od wejścia na dobry tor. Jeśli strażnicy zapisali choć dwa, trzy nazwiska ludzi, którzy weszli na terytorium RP z monetami, będzie miała grupę podejrzanych.
O ile oczywiście to nie Synowie Światłości stali za zbrodnią. Wersja ta wydawała się równie prawdopodobna jak to, że to któryś z uchodźców jest winny, ale była pozbawiona dowodów. Należało ją odrzucić, przynajmniej na wstępie. Jeśli hipoteza z Syryjczykami okaże się ślepym zaułkiem, wróci do tamtej koncepcji.
– I? – ponagliła rozmówcę.
– Szukam, ale… Nie, nie widzę nic o żadnej walucie.
Gdyby Dominika miała w zwyczaju głośno kląć, teraz z pewnością by to zrobiła. Zamiast tego jednak zacisnęła usta i sięgnęła po filiżankę.
– Sprawdził pan wszystko?
Przez moment nie odpowiadał. Przypuszczała, że dopiero dociera do końca dokumentacji.
– Tak – oznajmił w końcu. – Nie zarejestrowaliśmy nikogo, kto miałby większe zasoby gotówki.
– Większe?
– Przypuszczam, że każdy z nich miał jakieś klepaki, prawda? – odparł pod nosem strażnik. – Ale żaden z nich nie posiadał tyle, by