Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie, którego zwano Duninem. Józef Ignacy KraszewskiЧитать онлайн книгу.
tu! bywaj! Jest tam kto?
Wybiegł Mikuł o kamienie przy ognisku obraziwszy nogę, kulejąc. Przed gospodą na koniu siedział zbrojny mąż stary, chudy, kościsty, czeladzi koło niego kilkoro się kręciło, a on wołał o światło i gospodarza i sierdził się.
Wyniesiono zapalone łuczywo, wysunął się z za stoła i młody podróżny popatrzéć – wyglądał kto żył. Przybyły wzrostu olbrzymiego prawie, nieco wiekiem przygnębiony ale krzepki, srebrnowłosy, bardzo rycersko patrzył. – Zbroją miał przy sobie i na sobie, miecz i mieczyk, a hełm wisiał tuż na koniu za rzemyki uczepiony.
Pytał do Wrocławia, a konie jego buchały parą i bokami robiły. Zsiadł wreszcie, aby tchnęły nieco.
Tymoch korzystając z téj chwili zamętu, do wozu swojego się przesunął, i wnet konie pognawszy, na gościńcu zaturkotał. Dziad zobaczywszy rycerza przychował się do kąta. W tém na drodze znowu zatętniało i wóz długi stanął u drzwi. Mikuł ledwie miał czas gościom się pokłonić, czeladź zwijała się żywo. Z długiego wozu dobył się w czarnéj sukni duchowny. Tych naówczas więcéj szanowano niż rycerzy, więc Mikuł przybiegł rękę całować i kolana ściskać, choć rozmówić się z nim nie umiał, bo on czarny mnich, jak się okazało, Francuzem był i nad kilka połamanych słów polskich więcéj nie znał.
Rycerz i mnich weszli do izby pospołu, stary wprzód pokłonił się ojcu i mało co doń zagadawszy, wnet na język jego trafił, tak że się dobrze rozumieli i przylgnęli do siebie.
Młody podróżny sam przyzostał na uboczu.
Mnich otyły, rumiany, wesołéj twarzy, wcale na surowego pokutnika nie wyglądał, ani nawet na zakonnika. Suknię długą miał podkasaną, postawę a ruchy więcéj żołnierskie niż klasztorne.
Zaledwie wszedłszy już śmiejąc się do Mikuły wołał o miód, rycerzowi się spowiadając, że bo z pragnienia marł, a po drodze woda była w studniach obrzydliwa. Dla nikogo téż gospodarz tak się nie zwijał, jak dla opasłego mnicha, i nie dziw, karczma bowiem do czarnych należała i jak swym panom służyć im musiał. A z oczu mnichowi patrzało, że nie dałby sobie chybić, bo choć oręża żadnego nie nosił, kij w ręku trzymał kuty potężny, który stałby za oszczep w potrzebie, i rękę miał silną, co tym kijem mogła tęgo obracać i lice takie, którego się musiał ulęknąć kto w nie spojrzał, bo choć niby wesołe i rumiane, groźne było zarazem i zuchwałe.
Od progu już stary rycerz i czarny mnich, języka od siebie wziąwszy, przystali jeden do drugiego. Stary był jakby dla takiego mnicha na towarzysza stworzony. Wojaka w nim poznać było łatwo i z ramion silnych, z blizn mnogich i z twarzy pomarszczonéj i nasępionéj, na któréj brwi nawisłe, kępiaste, najeżone, na pół zakrywały oczy połyskujące dziko. Gdy mu się usta blade ścięły a zapadły, bo zębów już był postradał – strach brał co z nich wyjdzie gdy się otworzą. Odziany był i zbrojny dostatnio a nie pysznie; ręka którą ukazywał, tak się zdawała ogromną, jakby dęby z korzeniem wyrywać była nawykła.
Mnich czarny, gdyby nie otyłość siłą by mu sprostał. Wnet téż swój swojego poznał, poczęli coś głośno rozprawiać obcą mową, a hałasowali. Młody podróżny wciąż się od nich na stronie trzymał.
Gęślarz z kąta, ciekawie poglądając, słuchał, z komory wyzierała Samicha i para przebudzonych, pół nagich dzieci.
Ci tak się zagwarzyli z sobą, że ani zważali czy ich kto słucha, bo i nie obawiali się snać, aby ich prości ludzie rozumieć mogli.
Stary rycerz, gdy miód podano, mnicha z kubkiem do stoła wiódł, tu mu miejsce pierwsze zrobił, sam téż na ławie przy nim zasiadł i dopiero teraz, wzrokiem powiódłszy dokoła, szukając znać gospodarza, trafił na młodego podróżnego, który stał, jako sobie pan, nic nie okazując ani trwogi ni poszanowania.
Popatrzył nań stary i ostro go zagadnął.
– A ty coś zacz?
– Podróżny – rzekł młody dumnie.
– Któżci to?
– Wolny człek jako i wy, i tego samego pono rzemiosła – odezwał się zapytany.
– Cóż, rycerz? czyj? pytał stary.
– A swój, dzięki Bogu! rzekł dumnie młody z pół uśmiechem.
– Przecież komuś służycie – mówił stary marszcząc się.
– Tak jako i wy? A wy, komu? odparł młody.
– Ja książęciu Władysławowi panu naszemu.
– No – i ja téż innego pana nie znam.
– A toć mi pyszny pan! śmiał się stary.
– Czemubym nie miał być! mruknął ów.
W czasie, gdy się tak jakoś ostro zagajała rozmowa głosami poruszonemi, mnich na młodego poglądał zuchwale, mierząc go oczyma groźnemi, wzrokiem niby staremu wtórując, gdy nie mógł mową. Młody i tych oczów wcale się nie zdawał obawiać.
– Nie dogadać bo się z wami! zawołał stary kubka się imając.
– Toć was téż gadać ze mną nikt nie siłuje – odrzekł po izbie się przechadzając swobodnie młodszy. Gdy się tak poruszać zaczął, psy jego, które w kącie były legły, podniosły się ku panu idąc. Ten je głaskał a pochylał się do nich. – Rycerz wlepił w nie ciekawe oczy, widać że go zdziwiły i ze psów téż o ich panu począł inaczéj sądzić. Więc mruknął.
– Nie lada sobaki, bodaj kędyś z dalekiego kraju – nie nasze. – Młody pytania jakby nie słuchał. Wtedy mnich domyśliwszy się, że się oni z sobą nie porozumieją, odezwał się swą mową do starego rycerza.
– Zapytajcie no gospodarza, ten wam powie kto u niego gości, znać go musi.
Skinął rycerz na stojącego opodal Mikułę, ten się zbliżył.
– Kto jest ten ze psy? zkąd?
– Obcy – odparł Mikuł – nie znam go.
Nie było więc rady, obrzuciwszy go znowu oczyma ciekawemi, mnich z rycerzem rozmowę daléj ciągnęli.
– Niepocześnie odziany, mówił stary półgłosem, ale może być i nie prosty człek, bo mi się nawet nie pokłonił. Musi w okolicy mieszkać, choć go tu nie znają, boć ze psy pewnie z łowów jedzie.
– Szkoda, że języka waszego mało znam – rzekł mnich swoją mową, dobyłbym z niego zaraz kto jest.
– Ojcze przewielebny – odparł śmiejąc się zdala stojący młody, jeżeli o mowę chodzi, jać waszą rozumiem niczego, i tę którą daléj na południu mówią i tę co nią szwaby szwargoczą.
Posłyszawszy to oba i mnich – i rycerz głośno się rozśmieli, a stary zaraz powstał rękę wyciągając.
– Siadajcież, bracie, z nami, zawołał – po mowie znać, że do nas należycie. – Suknia mnie zwiodła – staremu nie miejcie za zło.
Młody wnet rozchmurzywszy twarz powoli, z poszanowaniem do stołu przystąpił. Naprzód mnicha w rękę pocałował, potém staremu się pokłonił, aż z boku na ławie, jak młodemu przystało, zajął miejsce.
II
Mnichowi tak jakoś raźno było, że dla gęby towarzyszów znalazł, z któremi się mógł rozmówić, że mu się już nazad do wozu nań oczekującego nie chciało: Miód popijał, coraz o stół kubkiem stukając; śmiała mu się twarz szeroka, zwracał się na przemiany to ku staremu, to do młodego, rozparł wygodnie plecy do ściany przyłożywszy, i tak gwarzył, jakby już w refektarzu swym spoczywał.
– Do