Arabski książe. Tanya ValkoЧитать онлайн книгу.
swój krzyż, podsumowuje reakcję chłopaka.
Po piętnastu minutach rozlega się dzwonek do drzwi i wybucha małe zamieszanie.
– Nic wam nie przekażę, bo mam wręczyć przesyłkę do rąk własnych mojego pana. – Słychać podniesione głosy i szamotaninę.
– Mustafa, wchodź! – woła Sajf.
– Wpuścić go – potwierdza Anwar.
Do salonu wchodzi jak żywy Sajf al-Islam Kaddafi, którego bliźniacza wersja siedzi rozparta na sofie i uśmiecha się szelmowsko.
– Co?
– Ale jaja!
– Niesamowite!
Syn sławnej matki i rodowity książę przekrzykują się ze zdumienia.
– Niewiarygodne!
– Wiecie, w takich reżimowych krajach jak Libia musimy mieć bazę sobowtórów. – Zaśmiewa się zadowolony dowcipniś. – Mój ojciec ma pięciu, a jeden wypisz wymaluj Muammar. Trzymamy go na specjalną okazję.
– Jaką? – Głupio wyrywa się Anwarowi, który z systemem rządzenia ma niewiele wspólnego.
– Szczególną.
– Ale ten Mustafa to skóra zdjęta z ciebie. – Jasem obchodzi dookoła mężczyznę, dumnego ze swojej pozycji i roli. – Nawet ja dałbym się nabrać.
– Nie gadaj! Ma jeden mankament. Jedną wyróżniającą go cechę, którą wcześniej czy później trzeba będzie poprawić.
– Ależ nie! Absolutnie! Gdzie? – Obserwujący wlepia w przybyłego wzrok.
– Mustafa, podaj panu lewą dłoń.
Mężczyzna odstawia na stół przyniesione jedzenie i posłusznie podaje lewą rękę. Teraz widać, że brakuje mu ostatniego paliczka u małego palca.
– Facet, to nic. Ktoś musiałby go w sraczu obserwować, kiedy sobie zadek myje. – Jasem lekceważy szczegóły, bo dopiero w dojrzałym życiu przekona się, że mogą one decydować o czyimś być albo nie być.
– Mimo złudnego podobieństwa jest to jego znak rozpoznawczy – cierpliwie tłumaczy Sajf. – Tak jak twoja myszka na powiece. Może kiedyś będziesz zmuszony ją usunąć? – Snuje przepowiednie, nie wiedząc jeszcze, że wszystkie się sprawdzą. – Kto wie?
Gdybym nie był tak napalony, tak zazdrosny o Darin i wściekły i zauważyłbym ten detal podczas pojedynku, kiedy byłem przekonany, że zabijam samego Sajfa al-Islam Kaddafiego, to teraz nie gniłbym w lochach Abu Salim, konstatuje ledwo żywy torturowany. Terrorysta stara się sobie przypomnieć, czy choć raz zahaczył wzrokiem o lewą rękę wroga, z którym walczył na śmierć i życie. Jakże mógł tego nie zauważyć?! Co za roztargnienie! W młodości mogło mu się to zdarzać, ale teraz? Takiemu staremu wydze, doświadczonemu, zaprawionemu w bojach i oszustwach? Zabił nie tego, kogo powinien, i teraz zbiera owoce swojego błędu. Głupiec!, wyrzuca sobie. W Londynie na wiele rzeczy dawał się nabierać, ale tam dopiero zdobywał szlify. Był kadetem, którego można było zbajerować. Nie miał na przykład pojęcia, jak wyglądają imprezy u saudyjskich książąt czy emirackich szejków. No bo i skąd miał mieć? Był zwykłym chłopaczkiem, trochę we wczesnej młodości radykalizującym, trochę krnąbrnym, rozdartym między arabską sławną matką a brytyjskim nijakim ojcem. Sam nie wiedział do końca, kim jest. Lecz już niedługo miał się o tym przekonać.
– Słuchaj, czy ten twój sekretarz to w ogóle mówi po angielsku? Bo jeśli jedynie charczy po arabsku, to od razu wyrzuć go z roboty – doradza doświadczony Sajf, gdy prowadzi za rękę swoich dwóch młodszych kolegów, bawiąc się tym, że wprowadza ich w elegancki, bogaty świat.
– Ależ oczywiście, że mówi – zapewnia Anwar, choć w rzeczywistości nie ma o tym pojęcia, bo nie on zatrudniał faceta. – Jeśli go ze mną wysłali do Londynu, to jakżeby inaczej?
– No nie wiem. Dostałem parę telefonów od znajomych, którzy narzekali, że jakiś arabski prymityw zdobył ich numery i na dokładkę w moim imieniu zapraszał ich na imprezę. Chcieli mnie ostrzec o precedensie. Twierdzili, że za cholerę nie byli w stanie dogadać się z gościem, a jedyne, co rozumieli, to słowo „party” i imię Sajf al-Islam.
Test przygłupiego, potężnego jak jego pracodawca Saudyjczyka, przebiega bardzo szybko. Trzej organizatorzy próbują z nim porozmawiać po angielsku. Mają z tym więcej zabawy niż pożytku, bo gość zna góra dziesięć zwrotów, wliczając w to „dzień dobry” i „do widzenia”.
– Do czego tutaj jesteś? Sekretarz od czego? – Sajf bawi się wyjątkowo groteskową konwersacją.
– Sekretarz księcia Anwara – odpowiada tamten, patrząc tępym wzrokiem bawołu na rozbawioną, a zarazem zszokowaną twarz Libijczyka.
– Od jakich spraw?
– Od księcia Anwara.
– Czym się masz zajmować?
– Księciem Anwarem.
– Co masz robić dla księcia Anwara?
– Księcia Anwara – idiotycznie ripostuje chłopek, a Jasem mu wtóruje, naśladując głupią minę jełopa i powtarzając to co on.
Koniec końców Anwar niechętnie podnosi się ze swojego wygodnego fotela, podchodzi do swojego sekretarza do spraw nijakich na odległość ręki i od niechcenia strzela go w durną łepetynę. Facet pada jak pod gwałtownym podmuchem wiatru. Kiedy do pomieszczenia wbiegają dwaj ochroniarze, książę wskazuje na leżące nieruchomo cielsko.
– Zabrać. Odesłać do Rijadu! – Saudyjczyk podnosi tubalny głos, aż szyby drżą w oknach. – Zadzwonić do kraju i zażądać nowego pracownika. Nie debila. Nie mięśniaka. Kogoś, kto mówi po angielsku i ma przynajmniej jedną szarą komórkę. Sprawną. Już! – wrzeszczy tak głośno, że słychać go chyba w Pałacu Westminsterskim.
– Minąłeś się z powołaniem, mój kolego – oznajmia Jasem spokojnym głosem.
– Co?! – Anwar jest wściekły jak rozjuszony byk, którego ugryzł giez, więc kieruje się w stronę kumpla, jakby jego też chciał uderzyć.
– Może powinieneś być tenorem w operze, bo twój głos wywołuje ból w uszach i dudnienie w płucach. Drugi Caruso!
– Ech! – Saudyjczyk pogodnieje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Gradowa chmura spowijająca jego czoło znika, a jej miejsce zajmuje dobre, pogodne oblicze. – Ależ mnie wkurwił. – Jeszcze trochę posapuje, a jego dwaj koledzy podsumowują, że trzeba uważać na nadprzyrodzoną siłę ich Obeliksa, który w każdej chwili może się przeobrazić z potulnego jagniątka w dzikie zwierzę.
– Śpiewaj, chłopie, rób, co chcesz, byleś nigdy nie zaczął uprawiać sztuk walki – żartuje Sajf.
– Tak, to mogłoby być groźne – zgadza się Jasem.
– Dla kogo? – dziwi się naiwniak, który rzadko reaguje tak spontanicznie, jak przed chwilą. – Nie zrobiłem mu chyba wielkiej krzywdy? – Jest przerażony i od razu chce biec sprawdzić.
– Wszystko w porządku. Musnąłeś go tylko.
– Mój Boże! Nie powinienem był…
Koledzy ponownie zaczynają żartować, aż w końcu sprawa rozchodzi się po kościach.
Wszystkie szczegóły przyjęcia, które planują wspólnie wydać, ustalają między sobą. Żeby nie było żadnych nieporozumień. Po dwóch dniach przylatuje nowy sekretarz księcia wraz z jego zaprawionym w balowaniu kuzynem, więc organizacja